Wyprawa na Grunwald 5-18.07.2009
30go czerwca 2009 ze Złotych Gór w Czechach, przez Opolę, Byczynę, Wieluń, Łęczycę, Kutno, Płock, Lidzbark ruszyła wyprawa chorągwi rycerskiej. Była to pierwsza próba dokonania rekonstrukcji przemarszu konnej grupy wraz z taborami w Polsce na aż tak duzym odcinku przy aż tak wielu uczestnikach.
Moja przygoda rozpoczęła się w Łęczycy, gdzie 5go lipca trafiłem na popas grupy, która od 5ciu dniu już była w podróży. Grupa ta składała się z 3 wozów taborowych,15-17 koni oraz uczestników tej wyprawy. Ze względów na „odkrywczy” charakter tej wyprawy grupa była podzielona na dwa zespoły: konno taborowy, który od Jasenika w Czechach po Grunwald całą trasę pokonał konno wraz z taborami, tak jak było to zamierzone oraz drugi zespół logistyczny, który był odpowiedzialny za organizację i poszukiwanie miejsc na popasy, organizacji pozwoleń na przejazdy przez miasta, czy przewóz karmy dla koni, naszego wyposażenia itp.
Sama wyprawa okazała się okrutnie trudnym przedsięwzięciem, gdzie właściwie ani rekonstruktorzy ani koniarze nie mieli porównania do przygotowania wyprawy w takiej skali (kto kiedy widział ostatni tabor cygański podróżujący?). W sumie nauka i ponowne odkrycia od podstaw dla wszystkich.
Ot parę ciekawostek: moje wyposażenie objętościowo zajęłoby przestrzeni na 1/5 wozu, czyli w 3ch wozach byśmy mieli wyposażenie 15stu osób, zaś uczestniczyło nas ponad 40ści osób, a jeszcze niezbędna była przestrzeń dla całego końskiego wyposażenia. Konie w kolumnie dwójkowej wraz z 3ma wozami w trakcie jazdy rozciągały się na długości 100 metrów na drodze, przy silnym skompresowaniu grupy. W przypadku przejazdu przez Płock, gdzie przekraczaliśmy Wisłę, skutecznie zatkaliśmy miasto. Wszystkie konie przyzwyczajone i karmione były owsem. Dziennie potrzebne było około 200kg tego ziarna . W obecnych czasach nie jest łatwo na trasie o tej porze od ręki znaleźć 200kg owsa, stąd osobny transport paszy dla koni.
Podróż: dystanse, w pokonywaniu,których brałem udział liczyły od 25ciu do ponad 50ciu kilometrów dziennie: step i kłus na zmianę. Ze względu na codzienną zmienność pogody nie miałem potrzeby przebierania się w nowe, suche ubrania. Codziennie mój strój na grzbiecie mókł od deszczu z dwa razy przynajmniej codziennie wiatr i słońce je osuszał – w trakcie jazdy, rano i wieczorem.
Prawie codziennie mieliśmy burze, niekiedy jeszcze w nocy nad naszymi głowami przetaczały się całuny chmur, rzucające w nas gromami i oblewające strugami deszczu. Z drobiazgów, które miałem mieć przy sobie w trakcie jazdy: tykwa mi pękła pierwszego dnia, zatem zrezygnowałem z jazdy z drugą tykwą, zaś skórzany bukłak się obraził i zaczął przeciekać. Na szczęście codzienna jazda była przerywana, tak by można było uzupełnić płyny w organizmie.
W trakcie wyprawy mieliśmy dwa popasy dwudniowe, które pozwoliły uczestnikom odzyskać siły, koniom się zregenerować. Tobył także czas, dzięki któremu można było dokonać napraw wozów, wprowadzeniu w nich modyfikacji, czy też naprawić i zregenerować fragmenty rzędów końskich, miałem wówczas masę zajęcia.
Wyposażenie wykorzystane:
- Gacie – 3 pary lniane, 1 para wełniana; Lniane sprawdziły się doskonale po raz kolejny. Cudownie się je pierze na sobie w jeziorze, nie ma tyle kłaków co z wełnianych, które założyłem na ostatnią noc na Grunwaldzie … Gacie w zależności od temperatury miałem regularnie podwijane i zwijane. Tylko pierwszego dnia przy aklimatyzacji do siodła stanowiło to kłopot.
- Koszule – 3 pary lniane.
- Kapelusz słomiany – bardzo potrzebny, choć jak go miałem na głowie, to było mi bardziej gorąco, ale w trakcie deszczu także nieźle chroni.
- Dublet – dwuwarstwowy lniano bawełniany, w sumie się z nim nie rozstawałem, podstawowa odzież robocza; bardzo wolno schnie. Po paru godzinach jazdy konnej albo mokry od deszczu albo od potu, dopiero rano jako tako był suchy … dublet sznurowany, ale praktycznie ze sznurowania nie korzystałem.
- Kurtka (Wesfalska?) wełniana, jednowarstwowa, wzorowana na kurtce człowieka w trakcie polowania – w mej ocenie o dwa kliny za mało do wygodnej jazdy konnej. Materiał przy kłusie miał tendencje zawijania się na siedzisko. Zdecydowanie lepiej sprawdza się suknia XIII wieczna z rozcięciami. Rękawy strasznie niewygodne przy jakichkolwiek pracach polowych, pracach przy koniu itp – niewygodne są i w opcji ręce wyjęte przez rozcięte dziury w rękawach jak i w opcji „ręce na miejscu”. Wiązanie supłów z rękawów itp. – bez sensowne. W opcji „ręce na miejscu” z rękawów powstawały bardzo wygodne kieszenie, w których można było chować przeróżne rzeczy.
Nogawice wełniane 2 pary. Z jednych nogawic wypruć musiałem podszewkę wełnianą – tak się skurczyła, że nie mogłem ich nosić.- Torebka skórzana wraz z dwoma sakiewkami wełnianymi. Na podręczne drobiazgi. Sakiewki trzymałem w torebce. Nawet przy ostrych deszczach w środku sakiewek było sucho.
- Pasek skórzany z ozdóbkami.
- Płaszcz wełniany dwuwarstwowy – wykorzystywany do spania tylko i wyłącznie, z cienkiej wełny.
- Koc wełniany – pierwszą noc pod nim spałem, potem został wykorzystany na podkład pod czaprak. Sprawdza się dla grzbietu konia doskonale. Koń był zadowolony. Czaprak w nocy robił jako materac. Schnął na wieczór i rano.
- Futro z barana lub owcy – na siodło. Robiło i za maskowanie i za zabezpieczenie ciała przed obtarciami od różnych metalowych rzeczy sterczących z siodła. Dzięki temu mogłem swobodnie jeździć na zwiniętych gaciach i nogawicach. Po wymianie kulbaki od Bociana na siodło pasterskie od Dominiki baranina na siodło była już zbędna. Dominika: dzięki! Baranina w nocy towarzyszyła czaprakowi i sprawowała się dzielnie.
- Kaftan – skórzano wełniany – w sumie służył niekiedy do spania
13. Kaptur lniano wełniany. Dzielnie zapracował na wyjazd, w trakcie jazdy albo na mojej albo na czyjejś głowie, niekiedy za pasem, w nocy pomagał w spaniu.- Miska drewniana, kubek gliniany, łyżka, zaś nóż był praktycznie zbędny.
- Szczotka ryżowa – przyrząd niezbędny do pogłębiania przyjaźni z Kratką oraz jej towarzyszami i towarzyszkami
- Kropierz – w sumie wykorzystany w trakcie bitwy, niekiedy wykorzystywany na noc do spania.
Buty – miałem krótkie ciżmy, które po dwu dniach w Łęczycy straciły podeszwy, zatem przestawiłem się na skórzane łapcie, w które wstawiłem dodatkowo filcowe podkładki, by amortyzowały mi stopy w trakcie jazdy konnej. Zestaw ten sprawdził się rewelacyjnie przy jeździe oraz wszelkich pracach obozowych, czy też robocie wokoło koni.
- Hakamore oraz pas napiersiowy. O ile hakamore do jazdy w terenie sięsprawdząło bardzo fajnie, to przy próbach na bitwie komunikacja z wierzchowcem leżała. Znów zawiniło me słabe przygotowanie jeżdzieckie. Pas, który był przełożony przez siodło i pierś konia sprawdzał się w swej roli, w trakcie jazdy siodło trzymało się swego miejsca bardzo dobbrze i się nie przesuwało.
W sumie do oporu testowałem swój ubiór na XIV wiek pod kątem wszystkich operacji konnych i dziennego życia i niestety muszę przyznać, że 13stkowy zestaw jest znacznie wygodniejszy i praktyczniejszy dla mnie.
Jako, że jechałem na konną wyprawę na Grunwald z zamiarem wzięcia udziału w bitwie, to miałem jeszcze ze sobą całą masę rzeczy, która była w podróży i na miejscu może potrzebna: opancerzenie, trochę zapasowych ubrań (suknia XIII którą raz założyłem, nie wiem po co), suknia dworska, którą z dwa razy założyłem, suknia lniana, której nie założyłem, suknia druga robocza lniana którą z dwa razy założyłem, masę sprzętu do szycia i napraw rzeczy skórzanych, które były eksploatowane bardzo mocno, trochę narzędzi do drobnych prac w drewnie, których przez całą wyprawę z torby nie wyjąłem.
Bitwa:
Od środy rozpoczęliśmy intensywne przygotowania do bitwy, nasze konie były całkiem nieźle zaprawione w jeździe, jednakże na miejscu czekały je i nas nowe wyzwania. Niestety próby nie odbywały się z udziałem artylerii, co negatywnie zaowocowało w trakcie samej inscenizacji, gdzie konie reagowały bardzo nerwowo od nadmiaru wrażeń: publika, helikopter, głośniki za zadem, pan z kamerą przed pyskiem, strzelające bombardy i hakownice. Ja jako początkujący amator hippiki miałem spore problemy z opanowaniem i odstresowaniem swej klaczy. Teraz przynajmniej wiem, po co miało się rumaka bojowego, podjezdka oraz konia jucznego i jak silne są różnice w charakterach koni. W każdym bądź razie, próby były intensywne w środę, czwartek oraz piątek, miałem masę ćwiczeń w galopie i ostrych skrętach (także nowum dla mnie), konie w końcu mogły zacząć się szybciej przemieszczać. Siodło pasterskie Dominiki zdecydowanie lepiej zdało egzamin niż kulbaka – dzięki tkaninie na siedlisku nie ślizgałem się tak mocno w trakcie tych wszystkich manewrów.
Wyposażenie do walki, które zregenerowałem, odnowiłem i częściowo zrobiłem nowe, na Grunwaldzie sprawdziło się dobrze. Zaskoczył mnie hełm, który w trakcie galopu strasznie mi skakał na głowie, choć jest ciasny. Blachy w płatach od siodła się zawinęły – muszą być inaczej ułożone. Blachy na plecach są zbędne – tak jak w oryginale powinno być.

Zbrojniki na łydkach nie przeszkadzały (nie ma ich na fotce), pikowańce na nogach wraz z miskami na kolanach leżały bardzo dobrze, ale tak jak patrzałem, jeśli miałbym mieć zbrojniki na udach, czy też blachy, to wycięcia po wewnętrznej stronie uda i ułożenie muszą mieć inne chyba niż obecnie praktykowane dla pieszych, by mieć kontakt z koniem. Rękawice – w lewej dłoni miałem w rękawicy pancernej trzymać wodze, jako ze jestem amator jazdy, to zrezygnowałem z rękawicy na lewą rękę. Na prawej dłoni miałem klasyczną dwupalczastą, kolczą rękawicę ze sztywnym mankietem, bardzo wygodnie w niej mogłem operować mieczem. Z tarczy na tym etapie mych umiejętności jazdy zrezygnowałem, pomimo tego, że była przygotowana do jazdy.
Tak z mego punktu widzenia, gdyby tak zrobić ”wyprawę na poważnie” to niestety ze względu na przygotowanie ludzi w RR, odbyła by się ona dosłownie w gronie paru - parunastoosobowym, gdzie na każdego potrzebne by były 2-3 konie, do bieżącej ich wymiany w trakcie drogi czy noszenia juków, jeśli chciałoby się tak jak ja brać udział w bitwie i mieć całe toboły narzędzi na różne okazje. Drugim mankamentem jest oczywiście kwestia obycia tych osób z końmi, pewnej zaradności, by uczestnik dał sobię rade zarówno przy „obsłudze” konia jak i bieżących, codziennych wydarzeniach. Oczywiście podstawą przy braku tych umiejętności są chęci do ich poznania, nauczenia się i wykorzystania oraz pewna konsekwencja w działaniu: bez względu na pogodę i własne samopoczucie pewne rzeczy trzeba zrobić sprawnie i ochoczo, by „karawana” szła dalej.
Pragnę podziękować Efendiemu za zaproszenie do tego projektu.
Pragnę podziękować Robertowi za wspólne pokonanie szlaku.
Pragnę podziękować Bocianowi za Kratkę.
Kratka dziękuję Tobie za wspólne dwa tygodnie w siodle.
Dziękuję Agnieszce, Kamili, Kamykowi, i Kaśce za wiadra wody. Dziękuję Ułanowi, Kacprowi, Jarkowi za wspólne kąpanie koni z przygodami
Chłopakom z taborów za cenne uwagi.
Czarnemu Rycerzowi i dla jego pocztu za kawy, arbuzy, uśmiechy i wszystkie miłe chwile oraz za fotografie, umieszczone tutaj.
Rosemar, za przygotowanie mnie i zbudowanie podstaw w roku 2008 na to, co mnie spotkało tutaj.
Galeria zdjęć Ewy Wawoczny z przemarszu.



Ja również Tobie dziękuję Jaśmin za miłe towarzystwo i fajnie spędzone wakacje:)
Pozdrawiam:)
Komentarz autor Kaśka — 21/02/2010 @ 20:14